> ## Content Index
> Fetch the complete content index at: https://www.fajne.life/llms.txt
> Use this file to discover other available public pages before exploring further.

# Znowu po polsku
- URL: https://www.fajne.life/znowu-po-polsku/
- Published: 2026-08-25T09:02:46.000Z
- Updated: 2026-08-25T09:02:46.000Z
- Author: Grzesiek
- Tags: blog, zmiana

Poprzedni wpis na tym blogu jest po angielsku. Sam blog już nie. Zmieniłem domenę, nazwę, kilka rzeczy poprzenosiłem i znowu jest tutaj fajne.life. Tylko ten ostatni angielski wpis został trochę jak znak po poprzednim rozdziale. I chyba dobrze. Nie chcę go usuwać. Tego, ani żadnego z poprzednich.

Mniej więcej rok temu zrobiłem coś dokładnie odwrotnego. Uznałem, że kończę z fajne.life po polsku i przechodzę na angielski. Powstał Greg was Fine, potem Greg on Living. Nawet już nie pamiętam, czy po drodze nie było czegoś jeszcze.

Wydawało mi się, że tak będzie lepiej. Że po angielsku łatwiej będzie znaleźć ludzi zainteresowanych tym, o czym piszę. Że świat jest większy, więc możliwości też będą większe. A i mi się myślało bardzo dobrze po angielsku.

No cóż, nie wyszło.

A właściwie może wyszło, tylko nie tak, jak sobie wyobrażałem. W sumie nie wiem, czy powinienem w ogóle pisać, że nie wyszło. Ostatni rok nauczył mnie bardzo wielu nowych rzeczy – rówież dzięki temu, że był to „rok po angielsku”. Jednak plany były zupełnie inne.

Przez rok pisałem, publikowałem i wiele razy zastanawiałem się, co właściwie chcę robić. Korygowłem ścieżkę kilka razy. Nie zbudowałem jednak żadnej wielkiej anglojęzycznej publiczności. Bo i – oczywiście – taki był plan. Mało tego, momentami miałem wręcz odwrotne wrażenie – pisałem do ludzi, którzy są gdzieś bardzo daleko i których właściwie nie ma w moim świecie. Kiedy nikt nie reagował, robiło się jeszcze bardziej pusto.

Angielski sam w sobie nie był problemem. No… przynajmniej tak mi się do niedawna wydawało. Dużo myślę po angielsku, dużo słucham i czytam po angielsku. Ale pisanie publicznie okazało się czymś innym. Po polsku mogę pisać swobodniej, wygłupiać się zdaniami, słowami, mogę zażartować w taki sposób, w jaki naprawdę żartuję. Mogę nie wiedzieć, co chcę powiedzieć, i zostawić to właśnie w takim stanie. Po angielsku… dużo częściej miałem poczucie, że najpierw muszę zbudować poprawne zdanie, a dopiero potem zastanowić się, czy ono jeszcze jest moje. I choć mogłem usiąść i przez godzinę≤ czy dwie pisać po angielsku, to jednak brakowało mi tej swobody, luzu i wolności, którą mam w moim ojczystym języku. Wyuczonym. Wytrenowanym. Brakowało mi wpisów takich jak ten [o chodzeniu](https://www.fajne.life/moja-tajna-bron-na-wszystko-serio-na-wszystko/), który kiedyś stworzyłem i który dal mi tak wiele radości. Z tworzenia. Czytania. Poprawiania. Publikowania.

Więc wracam.

Tylko że nie bardzo chcę mówić, że „wracam do starego fajne.life”, bo to nie jest powrót do tego samego miejsca. Przez ten rok wydarzyło się za dużo. Zresztą przez poprzednie lata również. Idea pozostała, ale wszystko inne uległo zmianie. Ewoluowało.

Mam 42 lata. Tańczę. Zacząłem bardzo późno i nadal próbuję sprawdzić, jak daleko mogę z tym dojść. Ostatnio próbuję uczyć się baletu – to trudna droga, ale daje mi ogrom radości. Spędzam absurdalnie dużo czasu na treningach. Bardzo różnych treningach. Mam stare czarne BMW, które czasem wygląda znacznie bardziej imponująco, niż wskazywałaby kwota, którą za nie zapłaciłem i stan, w jakim się znajduje. Mieszkam w niebieskim domku. Nie mam normalnego łóżka, stołu, ani kanapy. Choć to ostatnie może się niebawem zmienić (opowiem!). Regularnie wymyślam sobie, że teraz już wszystko będzie proste, po czym zamieniam prostą rzecz w projekt. Włącza mi się mój wewnętrzny Kierownik, który każe mi obudować każdą nowość w skomplikowany system i życiową ideę.

Chcę jeść zdrowo, a potem o dziesiątej wieczorem kończę w McDonald’s. Taaa, zdarza się tak niestety.

Chcę spokoju i myślę o wyprowadzce na Mazury, a po kilku godzinach siedzenia w moim niebieskim domku zaczyna mnie nosić i wychodzę snuć się po Warszawi. Pobyć gdzieś, gdzie są ludzie.

Mam okresy, kiedy jestem przekonany, że znalazłem właśnie nowy, najlepszy sposób na życie, po czym kilka miesięcy później już tak nie żyję.

Do tej pory bardzo łatwo było mi pokazywać głównie tę pierwszą część. Tę fajną.

Trening. Taniec. Kawiarnię. Wyjazd. Nowy pomysł. Ładne zdjęcie. Papierowego ptaszka zostawionego na stoliku. Trudniej było dopisać drugą. Krzywe obrazy lądowały w koszu (jej, jak mi brakowało wolności w konstruowaniu takich właśnie dziwnych zdań!).

Nie chcę teraz robić z tego bloga miejsca do publicznego przepracowywania wszystkiego, co dzieje się w moim życiu. Nadal bardzo dużo rzeczy będzie tylko moje. Nie mam też zamiaru nagle stać się człowiekiem, który włącza kamerę przy każdej trudnej emocji. Po pierwsze nie umiałbym tak, po drugie wcale tego nie chcę.

Ale chcę przestać wycinać z opowieści wszystko, co niewygodne, co nie pasuje do ładnego obrazka. To jest chyba największa zmiana. Taa… kolejny nowy sposób na życie i bloga.

Z pewnością jednak nie chcę już pisać bloga o tym, jak dobrze żyć. Zresztą coraz mniej mam ochotę komukolwiek tłumaczyć, jak powinien żyć. Bardziej interesuje mnie jedno konkretne życie. Moje. Co robię. Co próbuję zrobić. Co mi wychodzi. Co przestaje działać. Do czego wracam. Z czego rezygnuję. Co wydawało mi się marzeniem, a potem przestało nim być. Dlaczego przez trzy lata robiłem coś w jeden sposób, a teraz robię zupełnie inaczej. Dlaczego czasem mam bardzo fajne życie i jednocześnie potrafię je sobie całkiem niepotrzebnie – ale jakże skutecznie – skomplikować.

Chcę też mniej zaczynać od wniosków.

A bardziej od wydarzeń.

Stare BMW psuje się na Mazurach i zostaję tam kilka dni dłużej, niż planowałem.

Idę pierwszy raz na balet.

Siedzę rano z kawą i iPadem, po czym dwie godziny później znowu uciekam z domu, choć przecież miałem spokojnie w nim popracować.

Dostaję coś, czego bardzo chciałem, a chwilę później zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę nadal tego chcę. Dopiero później można próbować zrozumieć, co z tego wynika. Ba, czasem może nie wynikać nic.

Chciałbym, żeby fajne.life było właśnie takim miejscem. Długą historią, która nie musi za każdym razem zaczynać się od początku i nie musi zmierzać do jednego wielkiego finału.

Trochę jak serial, w którym część wątków trwa przez kilka lat, część nagle znika, a jakieś drobiazgi wracają niespodziewanie po wielu odcinkach.

Dlatego też nie czyszczę starego archiwum.

Są tam teksty sprzed wielu lat. Są rzeczy, z którymi dzisiaj się nie zgadzam. Jest cały okres po polsku, potem przejście na angielski, Greg on Living, tekst o końcu starego fajne.life i teraz ten.

Mógłbym próbować to wszystko uporządkować. Zrobić tak, żeby wyglądało, jakbym przez cały ten czas konsekwentnie zmierzał dokładnie tutaj.

Tylko że tak nie było.

I chyba właśnie to jest ciekawsze.

Nie wiem jeszcze dokładnie, jak będzie wyglądał ten kolejny rozdział. Będzie [blog](https://www.fajne.life/). Będzie [Instagram](https://www.instagram.com/fajne.life?ref=fajne.life). Będzie [𝕏](https://x.com/gregonliving?ref=fajne.life). Będzie więcej mnie, codzienności, ruchu, Warszawy, miejsc, dziwnych pomysłów i rzeczy, których wcześniej być może nie uznałbym za wystarczająco ważne, żeby o nich opowiadać.

Papierowe ptaszki też zostają.

Nie mam za to nowego planu na życie, którego będę teraz tutaj bronił.

Mam to co dzisiaj, aktualne życie. Staram się, aby było fajne.

I tym razem spróbuję go najpierw zauważyć, a dopiero potem opowiedzieć.

Po polsku.